Halo Szpicbródka!

„Kto nie naraża nigdy się na szwank, ten głównej stawki nie wygrywa”.

To opowieść o ludziach, którzy nie do końca przestrzegali obowiązującego prawa, ale przede wszystkim swoich zasad. O nich to będzie ta „błatna” historia.

Warszawa drżała przed Związkiem Tragarzy oraz grupą Taty Tasiemki, Łodzią trzęsła dintojra z Bratnią Pomocą Ślepego Maksa, a Bruderferajn swymi mackami potrafiła opleść całe Wilno. Nie inaczej działo się również w Krakowie, Lwowie czy innych polskich miastach: Banda Władka działała w Sosnowcu, Biali Bracia w Łodzi, po regionie łódzkim grasowała także banda Władców Nocy, a w progi nie tylko stołecznych, lecz także pabianickich i zgierskich banków wstępował słynny Szpicbródka. Przed II wojną światową wcale nie trzeba było szukać w prasie sensacyjnych i jakże egzotycznych informacji o działalności wielkich zagranicznych syndykatów zbrodni, takich jak Camorra, Yakuza czy Cosa Nostra. W nowo odrodzonej Rzeczypospolitej organizacje przestępcze działały już od dawna. Natomiast wśród elity elit szemranej czołówki przestępczego świata znajdowali się polscy kasiarze.

Ciekawostką i dobrym obrazem sytuacji mogą być tutaj słowa polskiego powieściopisarza i publicysty Henryka Sienkiewicza, który po swej podróży do Ameryki w lutym 1876 r., wraz z Heleną Modrzejewską i grupą znajomych, w swych Listach z podróży do Ameryki, które drukowane były w „Gazecie Polskiej”, napisał, że w Nowym Jorku jest dokonywanych mniej rozbojów i włamań niż w tym samym czasie w Warszawie.

Gdy na początku XIX wieku polskie miasta zaczęły być lepiej oświetlone, bezpieczniej było wieczorami przechodzić przez opustoszałe po zmroku ulice. Wcześniej, na przełomie XVII i XVIII w., mieszczanie, jeśli już musieli przejść nocą przez labirynt miejskich uliczek, szli, niosąc przy boku do obrony „szpadryn” – sękaty kij, lub trzymali przed sobą nagi sztylet bądź kord, tak aby przeciąć zarzucany im na szyję przez rzezimieszka stryczek. Ówczesna policja nie radziła sobie (lub niezupełnie chciała) z plagą rozbojów
i kradzieży dokonywanych przez „worów” (z ros. złodziei). W 1913 roku jednego tylko dnia na Dworcu Kowelskim w Warszawie (obecnie Warszawa Gdańska) policja wyłapała około siedmiuset kieszonkowców, a w pierwszej połowie lat trzydziestych XX wieku zanotowano w stolicy prawie dziewiętnaście tysięcy kradzieży.

W latach dwudziestych i trzydziestych XX w. naszą stolicę opanowała jedyna w swoim rodzaju mafia, stanowiąca nie tylko dla warszawskich kupców prawdziwe utrapienie. Zarówno przybyli do miasta turyści, jak i zwykli mieszkańcy Warszawy musieli mocno trzymać się za portfele (i głowy), wkraczając np. na warszawski Karcelak gdzie „opiekę” roztaczał związek Taty Tasiemki przy pomocy drzemcarzy, tragarzy, szopenfeldziarzy, podchodziarzy, pajęczarzy, farmazonów, doliniarzy, lipkarzy, bezbiletnych, szpryngowców, klawiszników lub piechociarzy o specjalnościach klawiszników, koniarzy, kolejowych czy otokarzy. Każdy z członków związku miał pod opieką kilka ulic, w tym sklepy, zakłady usługowe, restauracje czy domy publiczne. Mówiąc wprost: ściągał haracze, zapewniał ochronę i pilnował porządku na swoim terenie. Przestępcy dbali w ten sposób o swoją kieszeń, nie zapominając o tym, by uiścić „zarządowi” odpowiednią kwotę, zależną od swego dochodu, aby w razie nieszczęścia – wpadki, kryminału, a może i przejścia na tamten świat, ktoś zadbał o ich rodziny.

Ojcem chrzestnym warszawskiego półświatka był Łukasz Siemiątkowski, pseudonim „Ignac”, „Tasiemka” vel „Tata Tasiemka”. Postać nietuzinkowa, o której mógłby powstać niejeden film wojenny, sensacyjny, a może i szpiegowski. Konspirator niepodległościowy, działacz PPS oraz król stołecznych gangsterów. Urodził się we wrześniu 1876 w Milanówku. Był synem cieśli Jana i Pauliny z domu Augustyniak. W wieku 17 lat zaczął pracować w Grodzisku Mazowieckim w fabryce tkackiej, gdzie działał w organizacji socjalistycznej, kolportując nielegalne czasopisma. W 1904 r. przybył do Warszawy, gdzie wstąpił do PPS i podjął pracę w fabryce gumowej. W organizacji PPS przyjął pseudonim Tasiemka pochodzący od pracy w branży pasmanteryjnej. Uczestniczył wówczas w działaniach Organizacji Bojowej PPS. W kwietniu 1906 r. brał udział w przygotowaniach do akcji uwolnienia tzw. Dziesięciu z Pawiaka. W 1911 r. wraz z grupą działaczy PPS przebywał przez dwa miesiące w więzieniu, lecz został zwolniony z powodu braku dowodów. Po wyjściu z aresztu ponownie podjął działalność pod pseudonimem „Ignac”. W czasie Wielkiej Wojny służył w wywiadzie I Brygady Legionów z polecenia znanej działaczki niepodległościowej i socjalistycznej „Jadwigi” – Konstancji Jaworowskiej. W ramach działalności w Organizacji Bojowej PPS uczestniczył w zamachach na agentów carskiej „ochrany” – tajnej policji politycznej Imperium Rosyjskiego. Został zatrzymany i osadzony w Modlinie, gdzie poznał się z Walerym Sławkiem – późniejszym trzykrotnym premierem Polski. Za udział w zamachach został skazany na śmierć. Trzy dni przed wykonaniem wyroku 11.11.1918 r. został uwolniony z więzienia.

Po zakończeniu wojny, w pierwszych latach niepodległości, nadal działając w strukturach PPS, nawiązał współpracę z radykalnym działaczem PPS Józefem Łokietkiem – komendantem policji PPS, który kilkakrotnie na czele bojówki rozpędzał pierwszomajowe manifestacje komunistyczne, niekiedy posługując się bronią palną. Około 1935 r. Łokietek związał się ze światem przestępczym i ludźmi Taty Tasiemki. W środowisku nazwano go „Rebe” – Rabin. Na czele nowo sformowanej bojówki, stosując terror i szantaż, wymuszał łapówki od handlarzy i rzeźników, a swą siedzibę miał w legendarnej knajpie u Grubego Joska na ul. Gnojnej. (We wrześniu 1939 r. Łokietek jako komendant Związku Strzeleckiego brał udział w obronie Warszawy, a w czasie okupacji pomagał ludności żydowskiej). Wróćmy jednak do postaci capo di tutti capi, czyli pana Siemiątkowskiego. W roku 1927, choć był półanalfabetą, kandydował w wyborach do Rady Miejskiej Warszawy i został radnym miejskim. Z listy PPS – i to na czwartym miejscu – starał się o miejsce w senacie. Senatorem jednak nie został. Rok później PPS się podzieliła. Dla PPS dawna Frakcja Rewolucyjna był nadal bardzo pożyteczny w czasie sporów politycznych, podczas których często dochodziło do starć bojówek na ulicach miasta. Swą działalnością zapewniał odpowiedni porządek oraz stanowił cenne źródło informacji, jak również dochodu na rzecz skarbu organizacji PPS oraz nowo powstającej swojej.

W 1928 roku zorganizował gang wymuszający haracze na największym stołecznym targowisku – Karcelaku, a kierował nim z meliny mieszczącej się w kawiarni Aleksandrówka na Woli. Za działalność przestępczą został w końcu zatrzymany w lutym 1932 r., lecz swej celi nawet nie ujrzał. Szybko wyszedł z aresztu po wpłaceniu 500 zł kaucji. Proces jednak się odbył. W lipcu 1932 r. Tata Tasiemka został skazany na trzy lata pozbawienia wolności. Całą winę wziął na siebie Leon, Pantalon Karpiński – prawa ręka ciemnych interesów Siemiątkowskiego (skazany na sześć lat pozbawienia wolności). W sierpniu 1935 r. Tasiemka został ułaskawiony przez prezydenta Ignacego Mościckiego, a dwa lata później odznaczony Krzyżem Niepodległości. Odznaczenie to jednak zostało mu odebrane zaraz przed wybuchem II wojny światowej ze względu na zatajenie wyroku sądowego. W czasie okupacji Siemiątkowski wraz ze swym synem działał w podziemiu niepodległościowym. W 1942 r. został aresztowany i osadzony na Pawiaku, skąd w roku następnym przewieziono go do obozu na Majdanku. W niewoli wytrzymał rok – zmarł w lutym 1944 r. chory na tyfus.

Znanym i opiewanym w „błatnych” międzywojennych pieśniach podwórzowych bandytą był Felek Zdankiewicz. Choć stworzył nieprzemijającą legendę, był zwykłym mordercą, który dokonał zabójstwa dwóch funkcjonariuszy policji w Warszawie. Skazany na katorgę, uciekł z niej po kilkunastu latach, okradając po drodze skarbczyk ukraińskiego atamana. Skończył w podwarszawskich miejscowościach jako drobny złodziejaszek „piechociarz”.

Innym znanym opryszkiem był Wiktor Zieliński, który trudnił się włamaniami do mieszkań, wchodząc do nich przez okna, czyli „lipka”. Lipkarz ten popełnił jeden błąd, który zaważył na jego życiu. W trakcie włamu do ambasady brytyjskiej wchodząc przez okno, ściągnął buty, aby poruszać się cicho, i zostawił je w bramie. Buty te zainteresowały stójkowego – policjanta, który na niego zaczekał. Zielińskiemu udało się uciec, jednakże na obuwiu znajdował się adres szewca, który miał zanotowane adresy swoich klientów. Policja wskutek donosu kompana Zielińskiego zrobiła obławę, w czasie której włamywacz został śmiertelnie postrzelony, zaś warszawski półświatek wyszykował mu pokazowy pogrzeb.

Tak działo się w naszej stolicy. Nie inaczej było w wielkim mieście robotniczym, jakim była Łódź, gdzie kwitło życie gangsterskie. Postrachem wszystkich był król dintojry Ślepy Maks. Menachem Bornsztajn, bo tak brzmiało nazwisko Maksa, urodził się na początku 1890 r. w Łęczycy, gdzie wychowywał się w biednej rodzinie rzemieślniczej. Po śmierci tragicznie zmarłego ojca, pobitego przez policjanta, młody Menachem zaczął żebrać. Wówczas na swej drodze spotkał legendarną postać łódzkiego półświatka Księdza Natana. O przeszłości tej mitycznej postaci szemranego fachu wiemy bardzo mało. Legendy głoszą, że swego czasu był kamedułą i należał do stanu duchownego, lecz został z zakonu wyrzucony i zwrócił się ku „ciemnej stronie”. Jednakże nadal posługiwał się kamuflażem świątobliwego męża. Oficjalnie dochody czerpał z prowadzenia lombardu na ul. Rybnej, lecz dodatkowo parał się paserstwem. Posiadał również zacięcie pedagogiczne i kształcił przyszłe pokolenia „specjalistów”. Zwerbowani i specjalnie wyselekcjonowani adepci kryminalnego procederu szkolili się na swoistym „uniwersytecie”, rzecz oczywista nieoficjalnym, lecz podobno najlepszym w kraju. Jego rektorem i głównym wykładowcą był Natan. Menachem, będąc pilnym uczniem, kształcił się więc w kradzieży, którą wyniósł do rangi sztuki. Profesor Ksiądz Natan namaścił go na przywódcę młodocianej szajki. Następujące po sobie wydarzenia sprawiły, że szybko narodziła się kolejna legenda łódzkich ulic.

Pewnego wieczoru Menachem spotkał na swej drodze stójkowego odpowiedzialnego za śmierć jego ojca. Prawdopodobnie wyszarpnął policjantowi z kabury broń i oddał strzał. To była jego pierwsza ofiara śmiertelna. Młody chłopak wyszedł z bójki nie tylko mając na sumieniu zabójstwo człowieka, lecz także z uszkodzonym okiem. Tak narodził się postrach Łodzi – Ślepy Maks. Przed wybuchem I wojny światowej pojął za żonę Gołdę Goldberg, córkę wpływowego łódzkiego przemysłowca i gangstera Arona Goldberga, trzymającego w swym ręku północną część miasta – Bałuty i Śródmieście. Jedna z legend głosi, iż tato panny młodej miał wiele wspólnego ze śmiercią ojca Bornsztajna. Maks zaczął rozpracowywać przestępczego giganta Łodzi jeszcze przed ślubem z jego córką, a samo małżeństwo miało stać się znakiem przymierza mafiosów. Podczas wspaniałego wesela, hucznego i wystawnego, ludzie Maksa wszczęli chaos na przyjęciu. Goldberg w zamieszaniu upadł na ziemię. W tym momencie przypadł do niego któryś z kompanów nowego króla dintojry – bynajmniej nie z pomocną dłonią, a sztyletem. Otoczony rozbawionymi, pijanymi gośćmi Aron Goldberg, ojciec panny młodej i sprawca śmierci ojca Ślepego Maksa, skonał, krztusząc się własną krwią pod stołem biesiadników.

W spektakularny sposób, choć mniej drastyczny, Bornsztajn pozbył się innego łódzkiego oponenta bandyckiej branży Franka Zielonki. Spalił jego magazyny, zastraszył ludzi, a do redakcji „Godziny Polskiej” wysłał list z dokumentami kompromitującymi bossa gangu. Tak Ślepy Maks, niszcząc przeciwników, opanował miasto i zasiadł na bandyckim tronie. Wraz ze swymi ludźmi szmuglował towary i upłynniał je na czarnym rynku po zaniżonych cenach, obracając produktami pierwszej potrzeby, co ułatwiło mu drogę w prowadzeniu jego dalszej działalności. W swym mieszkaniu otworzył oficjalnie Biuro Próśb i Podań „Obrona”, a wnioski, skargi i zażalenia rozpatrywał osobiście. Krzywdy ludzkie były rekompensowane, długi spłacane, biedota otrzymywała datki, a to, co skradzione, bardzo szybko wracało do właścicieli, oczywiście za drobną opłatą lub oświadczeniem lojalności wobec dobroczyńcy. Jego biuro cieszyło się niesamowitą popularnością, a Maks otrzymał określenie łódzkiego Robin Hooda. Po 1914 r. Bornsztajn wyjechał z rodziną do Niemiec, najprawdopodobniej do Hamburga, Lipska i Berlina, oficjalnie pracując jako subiekt. Nieoficjalnie opróżniał i rozdysponowywał wagony z zaopatrzeniem armii niemieckiej walczącej na wschodzie.

Trzy lata po zakończeniu działań wojennych Ślepy Maks wrócił do Łodzi. Rozpoznając sytuację społeczną i gospodarczą miasta w roku 1928, założył stowarzyszenie „Bratnia Pomoc” (Ezras Achim) mające w swych założeniach wspomaganie biednych rodzin żydowskich. Jednocześnie przy stowarzyszeniu powstał żydowski sąd rozjemczy, czyli dintojra. W teorii miał on działać jako sąd rabinacki, rozstrzygający spory w środowiskach Żydów, w rzeczywistości służył do wyrównywania rachunków przestępczych. Bratnia Pomoc pomagała wybranym i rozstrzygała spory na ich korzyść oraz wymierzała kary i egzekwowała należności. Swą działalnością siała terror nie tylko w środowiskach Żydów, lecz także nad całym miastem. Wraz z rozrostem stowarzyszenia i zasięgu dintojry doszło do podziału stref wpływów i uzyskanych dóbr. Wewnątrz organizacji powstał spór zakończony zabójstwem we wrześniu 1929 r. byłego wspólnika Bornsztajna Srula Kalma Balbermana pod restauracją Kokolobolo. Za cyngiel rewolweru pociągnął sam Ślepy Maks. Po trwającym rok procesie sąd uznał, że Bornsztajn działał w koniecznej obronie własnej, i uniewinnił go. Król może być tylko jeden. Maks zaczął działać ze zdwojoną energią i tylko na swoich prawach. Jednakże od roku 1933 do policji łódzkiej zaczęło trafiać coraz więcej skarg na organizację Bornsztajna za pobicia, wymuszenia, szantaż i groźby. W roku 1935 Maks trafił na ponad trzy lata za kratki. Od września 1939 r. dokładne losy Menachema Bornsztajna są mało znane. Wiadomo tylko, że w 1946 r. powrócił do Łodzi, podejmując pracę jako portier w Odzieżowej Spółdzielni Pracy w Łodzi im. Lewartowskiego, dodatkowo handlował złotem w Grand Hotelu. Zmarł w maju 1960 r. Wokół Ślepego Maksa, tak jak i wokół jego mentora, zrodziły się liczne półprawdy i mity. Jedna z legend głosi, że w jego mieszkaniu jeszcze po II wojnie światowej stał manekin krawiecki, ubrany w marynarkę i spodnie, cały obwieszony maleńkimi dzwoneczkami, z którego adept sztuki złodziejskiej musiał wyciągnąć kosztowności tak, aby dzwoneczki nie zadrżały.

Polska La Cosa Nostra, czyli Bruderferajn (Związek Braterski), wbrew pozorom miała kilka wspólnych dróg z amerykańską mafią przełomu lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku. Jej początki były wręcz niewinne. Z początkiem stycznia 1911 r. dwóch panów z Wilna, Aron Wójcik i Sasza Lichtsohn, bardziej znany jako Lichtstein, stworzyli organizację mającą w swych założeniach samopomoc dla tutejszych rzezimieszków, pod nazwą Bruderferajn. Z biegiem czasu organizacja rosła w siłę, a głównym źródłem jej dochodów stało się ściąganie haraczy, zastraszanie, pobicia, porwania, a nawet zamachy bombowe i zabójstwa. Związek nie zaprzestał swojej działalności nawet wtedy, gdy przez ziemie Polskie przetaczały się fronty I wojny światowej. W czasie wojny jego członkowie okradali transporty wojskowe, a towar upłynniali na czarnym rynku. Jednakże największy rozkwit organizacji przypadł na okres niepodległości naszej ojczyzny. Wówczas Bruderferajn liczyła około tysiąca członków, co wiemy z księgowości prowadzonej w bardzo profesjonalny sposób przez jednego z założycieli grupy przestępczej – Saszę Lichtsohna vel Chana Bobkesa. W jego „kancelarii” można było odnaleźć spisy co bogatszych mieszczan, księgi rachunkowe, gdyż od każdego zlecenia członkowie płacili procent do wspólnej kasy – czyli składki członkowskie, kartoteki zadłużonych, księgi wykroczeń i zobowiązań, jak również sam fundusz administracyjny grupy opryszków, czyli „obszczak”. Z funduszu opłacano przekupnych policjantów, urzędników, żołnierzy lub wybitnych specjalistów od „mokrej roboty”. Działanie organizacji było więc podobne jak w Warszawie. Rozrastająca się Bruderferajn potrafiła zadbać o rzetelnych i oddanych pracowników, zakładając dla nich specyficzny fundusz ubezpieczeniowy.

W swych działaniach członkowie mafii często stosowali brutalną przemoc wobec ofiar, posługiwali się rewolwerami, jednakże rzadko dochodziło do zabójstw. Zazwyczaj strzelano na postrach, choć bywało różnie. Stworzyli również własny kodeks honorowy, który nie pozwalał na krzywdzenie kobiet i dzieci, a wobec sąsiadów, ludzi z własnej dzielnicy, nakazywał szacunek, pomoc i troskę o bezpieczeństwo. Epilog organizacji wydaje się równie prozaiczny jak jej początek. Około roku 1924 w Wilnie pojawił się włamywacz imieniem Elke Gurwicz. Nie chciał on podporządkować się surowym zasadom gangu, butnie stając przeciwko zarządowi organizacji. Nie uniknął przez to śmierci w jednej z wileńskich ciemnych uliczek, jednakże pokazał w półświatku, że można się „postawić”, a miał koleżków po fachu. Zdawali oni sobie sprawę, że siłą wobec potężnej Bruderferajn za wiele nie zdziałają, więc do tego celu wykorzystali (sic!) stróżów prawa. Fala donosów, dokładnie przedstawiających strukturę oraz funkcjonowanie organizacji, dowodów na przestępczą działalność zaczęła docierać nie tylko do niepewnej policji wileńskiej, lecz także do posterunków w innych miastach. Zmasowana akcja policji polskiej przyniosła efekt. Aresztowano członków organizacji, a bossów skazano na kilkuletnie więzienia.

Na początku lat trzydziestych po odsiadce panowie Aron Wójcik i Sasza Lichtsohn nie pałali już do siebie zaufaniem i stworzyli zwalczające się bandy. Nie stronili w tym od podkładania bomb pod swoje mieszkania. Prawdopodobnie było to wynikiem gry policyjnej lub chęci przejęcia przez byłych wspólników władzy w mieście. W tym samym czasie do Wilna wrócił jeden z członków starej Bruderferajn, Berek Krawiec, który po jej rozbiciu uciekł do Ameryki. W Stanach, w mieście Ala Capone – Chicago, wszedł w struktury gangu słynnego mafiosa, zyskując poprzez swe doświadczenie i bezwzględność jego wielki szacunek. W Polsce Berek Krawiec opowiedział się po stronie Lichtsohna oraz jego grupy pod nazwą Złoty Sztandar, a chcąc odbudować dawną potęgę zbrodniczej organizacji, zaproponował mu akcję w iście amerykańskim stylu. Z początkiem 1932 roku doszło kidnapingu – porwania dziecka jednego z najbogatszych mieszczan Wilna, właściciela wielkiego kantoru Lejbowicza. Porywacze zażądali kwoty 14 tysięcy złotych. Jednakże realia polskiego bandyckiego podziemia okazały się całkowicie odmienne niż te za oceanem.
Kidnaping całkowicie obcy i nieprzystający do polskiej tradycji szopenfeldziarzy wzbudził oburzenie i niesmak w wileńskim szemranym środowisku. Tym samym mająca odrodzić się Bruderferajn straciła posłuch i szacunek, co szybko doprowadziło do rozbicia grupy, aresztowań i wypuszczenia syna wileńskiego potentata. Lichtsohn vel Chan Bobkes został aresztowany, skazany na cztery lata więzienia, a inicjator porwania Berek Krawiec zbiegł za ocean i ślad po nim zaginął.

Ciekawe byłoby, gdyby trafił w USA na innego mafiosa polskiego pochodzenia – Meyera Lanskyego, żydowskiego gangstera urodzonego w Grodnie w 1902 r. jako Meier Suchowlański. Pochodzący z terenów dawnej Rzeczypospolitej, a pytany w Stanach o kraj pochodzenia, zawsze i do końca swych dni podkreślał, że jest Polakiem. Lansky od lat dwudziestych do siedemdziesiątych XX wieku trząsł światem mafii nie tylko amerykańskiej. Za swych przyjaciół miał takie słynne postaci, jak Charlie „Lucky” Luciano, Benjamin „Bugsy” Siegel, Frank Costello czy Giuseppe „Joe Boss” Masserii. Rozwinął miasto hazardu Las Vegas, założył sieć hoteli na Karaibach i Haiti oraz współpracował z dyktatorem Kuby (przed Fidelem C.) Fulgencio Batistą. Na jakich zasadach? Prawdopodobnie na zasadach Lanskyego, gdyż znany był również z faktu posiadania materiałów kompromitujących Johna Edgara Hoovera. Po 1970 r. starał się o azyl w Izraelu, którego nie dostał. W Stanach czekał go proces i wyrok. Swych win w życiu doczesnym nie odkupił. Zmarł w trakcie procesu w 1983 r.

Powróćmy jednak do naszej ojczyzny, do naszych szczytów, do korony złodziejskiego zawodu, pierwszej ligi, elity przestępczego świata. Dżentelmenów, romantyków, wszechstronnie wyedukowanych włamywaczy, znających zasady fizyki, chemii, budownictwa i obróbki metalu. Posiadających kindersztubę salonowców. Poliglotów, którzy znajomość literatury i muzyki uważali za standard. Barwnych ptaków, których czyny dodawały im jedynie większego blasku, rozświetlanego przez prasę. Pomówmy o polskich kasiarzach. Wśród nich spotkać było można ludzi z wyższym wykształceniem, właścicieli kamienic, sklepów, lokali usługowych czy kawiarni.

Taki obraz został utrwalony przez prasę, a w późniejszym okresie kinematografię.
W rzeczywistości niewiele odbiegał od prawdy, choć wcale taki czysty nie był. Dbanie o bezpieczeństwo swoje i swojego majątku jest rzeczą naturalną – każdy z nas troszczy się o byt rodziny czy dobre funkcjonowanie zyskownego interesu.  Od wieków kosztowności chowane były w ciężkich, okutych żelazem skrzyniach, metalowych skrzynkach czy murowanych sejfach. Rozwój technologii zabezpieczających nasze ciężko zgromadzone dobra siłą rzeczy spowodował rozwój technologii i specjalistów od ich szybkiego „wydobywana”. Już w 1855 r. można natrafić w prasie na reklamy „szafek kasowych zabezpieczających od kradzieży i ognia”, z rysunkami pięknie wykonanych solidnych sejfów. Pewnym jest, że szkicom tym z zaciekawieniem przyglądali się nie tylko kupcy i bankierzy, lecz także przyszli fachowcy od „prucia” kas.  Sytuacja więc niemalże wymusiła rozwój profesjonalistów. Ze zwykłych drzemcarzy, tragarzy, szopenfeldziarzy, podchodziarzy itp. wykształcili się pudełkarze, pudlarze, kasary, a wreszcie kasiarze. Nadszedł czas nie brutalnej siły, ale sprytu, inteligencji i wiedzy z bardzo szerokiego zakresu: od metalurgii, przez budowlankę, stolarkę, na prawie karnym, metodach policyjnych czy psychologii kończąc.

Sejf czy kasę bankową trzeba było otworzyć właściwym, najlepiej cichym sposobem. Dlatego też nitrogliceryna bądź dynamit nie były często używane. Powodowały hałas, a i odpowiednie obliczenie potrzebnego materiału wybuchowego nie było łatwe. Należało wpierw poznać obiekt pożądania i w zależności od usytuowania, jakości oraz marki sejfu zastosować odpowiednią metodę włamu. Wykorzystywano różnego rodzaju wyspecjalizowane, dokładne, wykonane z zegarmistrzowską wręcz precyzją sprzęty, tzw. statki czy graty, potrzebne do cichej roboty. Znane są metody okradania sejfów na „filung”, czyli wycięcie całego fragmentu sejfu, na „pasówkę” – otwieranie wytrychem (prawdopodobnie sprzęt opracowany przez przedwojennego polskiego kasiarza ps. „Słowik”) lub specjalnie dorobionym kluczem wykonanym z woskowego odcisku; „prucie” wykonywano też „rakiem” – specjalnym narzędziem otwierającym skarbczyk niczym konserwę, no i wreszcie nowinką tamtych czasów było „szwejsowanie” – otwieranie kasy za pomocą palnika acetylenowego. Unikano raczej rabunku na „stopę”, czyli napadu z bronią w ręku na dany obiekt, tym bardziej że robota przypadkowo mogła stać się „mokra”, z zabójstwem, a to groziło „krawatem”, czyli karą śmierci. Prawdziwy kasiarz brzydził się tego rodzaju działaniami.

Mistrz przed przystąpieniem do meritum pracy przy sejfie musiał się jednak najpierw dostać do pomieszczenia, gdzie się on znajdował. Do tego typu działań należało zgromadzić odpowiednią liczbę pomocników, mniej lub bardziej trwałą ekipę, i przeprowadzić wywiad. W celu rozpoznania sytuacji oraz terenu potrzebny był „nadawca” – osoba informująca specjalistę, jaki jest sejf, ile pieniędzy w nim się znajduje i w jakim pomieszczeniu stoi. Potrzebni byli kompani stojący „na świecy”, na „cynku”, informujący, zabezpieczający teren od zewnątrz, jak również przygotowujący transport „fantów”. Wraz z rozwojem wprowadzanych zabezpieczeń w chronionych pomieszczeniach pojawiła się potrzeba werbunku specjalistów, np. z zakresu elektryki potrafiących pokonać systemy alarmowe. Tutaj możemy pochylić się nad artykułem Bolesława Prusa, który w 1875 roku w „Kurierze Warszawskim” opisywał systemy antywłamaniowe zabezpieczające sejfy przedsiębiorców. Warto nadmienić, że redakcja „Kuriera” również nie uniknęła włamania do swojej kasy w 1908 r. Szczytem rozzuchwalenia włamywaczy był 20 lipca 1933 roku, kiedy to kasiarze w biały dzień rozpruli sejf znajdujący się w kancelarii prezydenta Mościckiego na Zamku Królewskim, kradnąc ponad dwadzieścia dwa tysiące złotych. W tym wypadku „nadawcą” był woźny, a „przykrywką” do wprowadzenia złodziei do biur jako ekipy budowlanej był remont zamku. Łup odzyskano, a ekipa „robotników” została skazana na rok do sześciu lat pozbawienia wolności. Statystyki policyjne tamtego okresu wykazały niebezpieczny wzrost działalności kasiarzy. W roku 1927 rozpruto 68 sejfów, bilans z lat 1926–29 wskazywał na 271 rabunków, a lata 1935–38 szokowały liczbą 483 opróżnionych kas.

Nie dziwmy się więc, że wokół tajemniczych włamywaczy dokonujących teatralnych wręcz akcji, rozgłaszanych przez nagłówki gazet, pojawiły się legendy i opowieści, o których mówiło się ściszonym głosem przy kawiarnianych stolikach, a w zakamarkach uliczek niosła się melodia rzewnych „błatnych” pieśni o ich czynach. Najgłośniej w Polsce mówiło się o Szpicbródce, który nie pojawił się znikąd. Wspominając go, musimy pamiętać o polskich „pudlarzach” wywodzących się jeszcze z odeskiej „szkoły kasiarzy”. Była to jak najbardziej dyscyplina międzynarodowa. Warszawa, Częstochowa, Genewa, Berlin, Praga, Wiedeń, Odessa czy Bazylea nie uniknęły sprytu, śmiałości zdolnych rąk polskich kasiarzy. Byli wśród nich „Rydel” – Rydlewski, Kuternoga czy Koroniaty królujący na Karcelaku, Stanisław Mielczarek – jeden z najbogatszych warszawskich „pudlarzy”, Stefan Szewczyk ze swoją Szkołą Kasiarzy w Dąbrowie (wpadł on z „dziennikami uczniowskimi”, a jego uczniowie z „podręcznikami” i „zeszytami” w 1937 r.). Kolejni to mistrz Wardecki, którego akta spłonęły w czasie II wojny światowej, a który dokonał najdłuższego w Europie podkopu do banku (80 m długości), czy wreszcie Wincenty Brocki – mentor przyszłego mistrza otwierania sejfów. O legendzie polskich kasiarzy może świadczyć powiedzenie pochodzące z gabinetów komisariatów carskiej policji kryminalnej. Jeśli prowadzona sprawa dotyczyła brawurowej kradzieży, dokonanej z rozmachem, znawstwem i inteligencją, mówiło się, że jest to zapewne dzieło warszawskich „worów” (złodziei).

W takich to okolicznościach przychodzi nam poznać legendarną postać króla kasiarzy, pana Stanisława Antoniego Cichockiego vel „Szpicbródki”. Z nikłych przekazów wiemy, że Cichocki rozpoczynał karierę jeszcze w carskiej Rosji, gdzie pod swoje opiekuńcze skrzydła przyjął go wspomniany już Wincenty Brocki, który włamał się do skarbca jasnogórskiego w 1909 r. Młody Stanisław już w wieku siedemnastu lat brał udział w spektakularnym napadzie na bank w Berlinie. Przed rokiem 1920 był prawdopodobnym (nigdy mu tego nie udowodniono) organizatorem rozbicia kas banków na Litwie, w Czechosłowacji, Austrii i Niemczech. W historii kryminalistyki zapisał się napad na Bank Azjatycki w Rostowie nad Donem. „Rydel” Rydlewski wraz z Cichockim przekopali się pod ulicą z pomieszczeń piekarni do samego skarbca banku, zdobywając kilka milionów rubli w brylantach i złocie. Cichocki został aresztowany w Petersburgu, jednakże nie udowodniono mu w pełni winy. Aby uniknąć zesłania na Syberię, dogadał się z policją carską, na której to zlecenia dokonał kilku włamań po ważne dokumenty do sejfów rosyjskich prominentów. W roku 1919, przedstawiając się jako właściciel syberyjskiej kopalni złota lub potentat przemysłowy z Ukrainy, Cichocki zaprzyjaźnił się i zdobył przychylność kadry oficerskiej Polskiego Korpusu Wojskowego generała Żeligowskiego, który poprzez Besarabię zamierzał wracać do Ojczyzny. Szpicbródka miał wszak podobny plan, więc kosztów na dofinansowanie Wojska Polskiego nie żałował. Jednakże zbieg okoliczności sprawił, iż pojawił się w Odessie funkcjonariusz carskiej policji kryminalnej, Polak z pochodzenia, znający sprawę napadu na bank w Rostowie. Cichockiemu nie pozostało nic innego jak w „angielskim stylu” zniknąć z pola widzenia.

Rok 1920 Cichocki powitał na ojczystej ziemi. Już w 1921 r. wraz z Wincentym Brockim oraz Józefem Strzeleckim dokonał skoku na kasę Banku Przemysłowców w Warszawie. Wskutek wsypy jednego ze wspólników – „nadawcy” Walentego Sieczki – na kasiarzy w skarbcu poza piętnastoma milionami marek czekali już funkcjonariusze Urzędu Śledczego. Wywiązała się nawet drobna strzelanina, zaskoczenie było tak wielkie. W procesie sądowym, który odbył się w marcu 1921 r., sprawców napadu skazano na cztery lata pozbawienia wolności.

Po wyjściu na wolność Cichocki brylował w wyższych sferach, prowadząc bogate życie towarzyskie i obracając się w środowiskach artystycznych, teatralnych i kabaretowych stolicy. W tym czasie najprawdopodobniej sprawował również opiekę techniczną i logistyczną nad innymi kasiarzami, stając się ich doradcą. W spokoju wytrzymał około roku. Jesienią 1926 roku doszło do spektakularnego napadu na Bank Dyskontowy w Warszawie. Włamywacze dokonali około 80-metrowego podkopu, fachowo oszalowanego pod jezdnią, wybili dziurę w jednometrowej grubości podłodze i dokonali rabunku. Metoda jakże podobna do metody rostowskiej wskazywała na Szpicbródkę. Dowodów wskazujących jego osobę nigdy jednak nie odnaleziono.

W roku 1927 w środowiskach przestępczych Warszawy rozeszła się szeptana wieść, że ktoś „wystawia interes”, czyli szykuje skok na kasę. Wskutek gry operacyjnej i rozpoznania Urzędu Śledczego ustalono cel. Były to Zakłady Graficzne produkujące banknoty. Rozpoczęła się trwająca kilka tygodni dokładna obserwacja obiektu. Namierzono „nadawcę”, „świecę” i innych współorganizatorów napadu: kopaczy tunelu (potem okazało się, że był to 60-metrowy, w pełni oświetlony tunel górniczy), dostawców materiałów, elektryków, właścicieli „dziupli” itd. Czekano tylko na szefa całego przedsięwzięcia. Z niecierpliwością policja wypatrywała sygnału. Wreszcie pojawił się ON – Szpicbródka. Agenci przystąpili do działania, wywiązała się krótka strzelanina, w której zginął jeden z włamywaczy. Reszta wraz z Cichockim została aresztowana. Jednakże i tym razem z braku mocnych dowodów obciążających sąd uniewinnił Cichockiego. Reszta bandy otrzymała po pięć lat kary. Nie było dowodów na kierowanie przez Szpicbródkę akcją, a on sam twierdził, że znalazł się tam przypadkowo.

Dwadzieścia–trzydzieści milionów złotych w roku 1930 było jak i w czasach nam współczesnych zawrotną kwotą. I na takową skusił się właśnie nasz bohater. Z początkiem trzeciej dekady XX wieku powstał genialny, wielce skomplikowany, kosztowny i jakże brawurowy plan zdobycia pieniędzy przechowywanych w podziemiach skarbca Banku Polskiego w Częstochowie. Ślepy los zadecydował o przebiegu późniejszych wydarzeń.

Na przełomie 1929 i 1930 roku prowadzone było śledztwo dotyczące napadu
na zakład jubilerski w stolicy. Trop zaprowadził śledczych do „dziupli” u pani Kozłowskiej na Woli w Warszawie. Podczas rewizji obecnych tam osób, w większości kasiarzy, odnaleziono zapiski z dziwnymi schematami elektrycznymi, plany obiektów budowlanych, rachunek za wynajęcie mieszkania w Częstochowie oraz kwity zakupowe na butle z acetylenem i palniki. Wszystkie te znaleziska skonfrontowano z informacjami dotyczącymi mającego dokonać się skoku na bank. Po dokładnej analizie znalezionych dokumentów stwierdzono, iż plany dotyczą budynków Banku Polskiego w Częstochowie, zaś schematy elektryczne stanowią plan sygnalizacji alarmowej banku. Przy jednym z aresztowanych w spelunie u Kozłowskiej odnaleziono w portfelu misternie wykonaną drobną blaszkę. Osobą tą był Stanisław Cichocki. Do Częstochowy udała się specjalna ekipa Urzędu Śledczego, która szybko odkryła, że w domu przylegającym do ścian gmachu Banku Polskiego jest wynajęte mieszkanie, w którym wykuto już, a następnie zamaskowano otwór prowadzący do pomieszczeń banku. W mieszkaniu odnaleziono również przygotowane w skrzyniach skafandry robotnicze, rękawiczki, kominiarki, liny oraz inny sprzęt specjalistyczny potrzebny do otworzenia bankowych sejfów. Po żmudnym śledztwie stwierdzono również, że znaleziona misternie wykonana blaszka nie jest bynajmniej medalikiem, a narzędziem blokującym system alarmowy Banku Polskiego. Szajka kasiarzy została aresztowana w ostatniej chwili. Tym razem Szpicbródka nie mógł się bezkarnie wywinąć.

W częstochowskim areszcie traktowany był jak król przez przekupionych strażników, mimo to postanowił uciec. W krótkim czasie po ucieczce zdecydował się na kolejny skok, tym razem na Spółdzielczy Bank Kredytowy w Pabianicach. Nie doszedł on jednak do skutku, a Szpicbródka trafił za kraty. We wrześniu 1932 r. stanął przed Sądem Okręgowym w Warszawie i skazany został całościowo za napad na jubilera, próbę napadu w Częstochowie, ucieczkę z aresztu oraz próbę napadu na bank w Pabianicach na okres sześciu lat pozbawienia wolności. Po apelacjach i bardzo dobrze opłacanych prawnikach wyszedł na wolność w kwietniu 1936 r. Już w lutym 1937 trafił ponownie do więzienia za próbę napadu na Bank Spółdzielczy w Zgierzu oraz napad na Bank Kredytowy w Warszawie. Łączna kara wyniosła cztery lata w więziennej celi. Szpicbródka został zwolniony z więzienia w Sieradzu w czasie działań wojennych w 1939 r.

Jeden z ostatnich opisów postaci Stanisława Antoniego Cichockiego – Szpicbródki pochodzi z więziennej celi, w której wraz z królem kasiarzy przebywał Aleksander Wat – polski pisarz i poeta z kręgu futurystów, sympatyzujący w tamtym okresie z komunistami, za co w konsekwencji trafił za kraty. Przedstawił on Szpicbródkę jako przystojnego mężczyznę, lat około czterdziestu, posługującego się w doskonały sposób językiem włoskim, francuskim, angielskim, rosyjskim, o głosie miłym i subtelnym, wyważonym sposobie mowy.

Po uwolnieniu Cichocki skierował się na wschód. Pchany kolejami losu trafił do Armii Andersa, wraz z którą dotarł do Afryki, gdzie w jednym z obozów dla uchodźców polskich ślad po nim zniknął. Po największym kasiarzu Rzeczypospolitej pozostała legenda, wspaniale rozbudowana przez takie filmy jak „Vabank” Machulskiego czy wcześniejszy „Hallo, Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” według scenariusza Ludwika Starskiego z 1978 roku. W obu tych produkcjach możemy zauważyć, jak wiele czerpano z prawdziwego, arcyciekawego, przedwojennego życia arystokratów polskiego podziemnego świata.

 

„Gdy noc zapada

Nim światła latarń pogasną

Wieszcz po melodię się skrada

By wydrukować jak własną”.

Tadeusz Boy Żeleński

 

MG

Literatura:
„Aresztowanie Szpicbródki”, „Gazeta Lwowska”, s. 2, nr 48, 2 marca 1937.
Dzieszyński Ryszard, Szpicbródka i inni. Historie świata przestępczego, Rytm 1994.
Gronczewska Anna, „Bratnia pomoc” Menachema Bornsztajna, czyli „Ślepego Maksa”, [w:] „Co tydzień historia” (dod. do „Polska. Dziennik Łódzki”), 15 stycznia 2015, s. 4–5.
Krwawy mord wśród mętów Łodzi. „Ślepy Maks” – wykonawca wyroków bandy „Dardanele” trzema strzałami zabił „Sures Kałmena”, który odważył mu się przeciwstawić. „Głos Poranny”, 20 września 1929.
Lange Henryk, Alarm w Cedergrenie, Czytelnik 1961.
Łozińska Maja, Łoziński Jan, Ułani, poeci, dżentelmeni. Męski świat w przedwojennej Polsce, PWN 2004.
Milewski Stanisław, Ciemne sprawy międzywojnia, Iskry 2001.
Milewski Stanisław, Szemrane towarzystwo niegdysiejszej Warszawy, Iskry 2009.
Morawski Wojciech, Od marki do złotego. Historia finansów Drugiej Rzeczypospolitej, PWN 2008.
Mostowicz Arnold, Ballada o ślepym Maksie, „Tygiel Kultury” 1998.
Piątkowska Monika, Życie przestępcze w przedwojennej Polsce. Grandesy, kasiarze, brylanty, Wydawnictwo Naukowe PWN 2012.
Pierzchała Wiesław, Historia i obyczaje: Jestem Maks. Ślepy Maks, Dziennik Łódzki 4 grudnia 2009.
Rawicz Jerzy, Doktor Łokietek i Tata Tasiemka, Czytelnik 1968.
Sławoj Składkowski Felicjan, Kwiatuszki administracyjne i inne, Literackie Towarzystwo Wydawnicze 2005.
 Ślepy Maks – dyktator Bałut zasiadł w dniu wczorajszym na ławie oskarżonych za zabójstwo prezesa „Bratniej Pomocy” – Balbermana. Zabójca twierdzi, że strzelał w obronie własnej. „Ilustrowana Republika” 15, s. 7, 16 stycznia 1930 [dostęp 2016-01-30].
„Ślepy Maks: historia łódzkiego Ala Capone”, [w:] Katalog Biblioteki Narodowej [on-line]. alpha.bn.org.pl. [dostęp 2015-04-09].
Twardoch Szczepan, Król, Wydawnictwo Literackie 2016.
Wieczorkiewicz Bronisław, Gwara warszawska wczoraj i dziś, PIW 1974.
Wieczorkiewicz Bronisław, Warszawskie ballady podwórzowe. Pieśni i piosenki warszawskiej ulicy, PIW 1971.